sobota, 19 listopada 2016

Gustaw Herling-Grudziński, "Inny świat"



 Fragment

Krzyki nocne

My, ludzie bici - mówili - mamy odbite wnętrzności; oto dlaczego krzyczymy po nocach.
Dostojewski, Zapiski z martwego domu


Mimo że światło paliło się w barakach od zmroku do świtu, mieliśmy bardzo wyraźne poczucie zbliżającej się nocy.

Po pracy i zupie wieczornej więźniowie mieli jeszcze dwie do trzech godzin wytchnienia. Spędzali je różnie:
jedni, przysiadłszy ze zwieszonymi nogami na pryczach, cerowali swoje znoszone ubrania obozowe lub pisali listy na drewnianych kuferkach; inni wybierali się w odwiedziny do znajomych; młodsi szli pod barak kobiecy; stachanowcy, którym przysługiwało prawo korzystania ze sklepiku obozowego, wyruszali doń, aby się upewnić, czy na pustych półkach w ciemnej izdebce nie pojawiła się przypadkiem końska kiełbasa - jedyny produkt, wystawiany w obozie na sprzedaż mniej więcej co trzy miesiące; chorzy przygotowywali się do wizyty w ambulatorium, a brygadierzy wypełniali w pośpiechu ostatnie wykazy dla "normirowszczika". We wszystkich tych czynnościach jedna cecha była wspólna - naśladowały one niezdarnie i na swój sposób życie na wolności. Często dla bystrego obserwatora był to niby taniec cieni, zapożyczających gesty, odruchy i nawyki z dawnego życia, celebrujących tym gorliwiej samą formę, im mniej w niej było treści. Słyszało się niekiedy więźniów mówiących: "Zawsze grywałem po kolacji w warcaby" albo: "Moja zona skarżyła się zawsze, że zamiast spać, chodzę po cudzych kominkach. Ot,priwyczka kak priwyczka, została na całe życie". Naśladownictwo wolności było, rzecz prosta, podświadome, ale bez niego życie w obozie byłoby nie do zniesienia, i nikt, kto wiedziony instynktem samozachowawczym bronił się w ten jedyny sposób przeciwko beznadziejności i rozpaczy, nie zastanawiał się, czy przebywa w świecie rzeczywistych zjawisk czy urojonych zjaw. Można się spierać, jak dalece ta postawa była jedynie naturalną formą zachowania się ludzi, którzy większą część swego życia spędzili na wolności, nie zaś sztucznym odruchem samoobronnym martwych za życia niewolników, lecz jedno pozostaje niewątpliwe: niepodobna zrozumieć niewoli, nie przykładając do niej najbardziej nawet skrzywionych i wypaczonych miar wolności.
Opis ten obejmuje zresztą jedynie nielicznych więźniów, którzy pogrążając się podobnie jak inni w topieli obozu, próbowali przecież wydobyć się z jej wirów i głębi rozpaczliwymi ruchami rąk. Większość bowiem - przerażająca większość, do której na początku i pod koniec pobytu w obozie i ja się zaliczałem - jeżeli schodziła z prycz po zjedzeniu zupy wieczornej, to chyba tylko po to, by dopełnić pustkę w żołądkach litrem wrzątku, który stał w rogu każdego baraku. Proces rozkładu był tu więc zdumiewający: lenistwo i przymusowa ociężałość przyspieszały śmierć, a nienaturalne ożywienie oddalało ją na czas trudny do przewidzenia. Można było być pewnym, że więzień, który tonąc nie tylko nie uczynił najmniejszego ruchu, ale przeciwnie, lał w siebie w przystępie szału głodowego bezużyteczny balast wrzątku, pójdzie którejś nocy na dno jak kamień, a nazajutrz świt wyrzuci na mieliznę pryczy jego obrzękłe i monstrualnie wzdęte zwłoki. Jeżeli omijała go śmierć podobna do pęknięcia nadmuchanego pęcherza, puchł stopniowo, potem wracał na krótko do siebie, by wreszcie lec w ,,trupiarni" obok takich samych jak on szkieletów ludzkich obciągniętych skórą. Ciekawe, że koleje życia obozowego więźniów, którzy przed śmiercią bronili się pewną minimalną choćby ruchliwością, były wręcz odwrotne; zachowawszy przez parę lat stosunkowo dobrą kondycję fizyczną, zaczynali pewnego dnia gwałtownie puchnąć i umierali na ogół z obrzęku głodowego w chwili, gdy znużone serce nie było już w stanie dostawić krwi na tak wydłużonych arteriach komunikacyjnych.
W każdym razie w warunkach życia i pracy, jakie dane były więźniom w obozie, najskromniejsza nawet dyscyplina wypoczynku wymagała ogromnych wysiłków woli lub takich pokus, które byłyby silniejsze od śmiertelnego zmęczenia po jedenastogodzinnej pracy o głodzie. Dla większości więźniów powrót do żony i tak bardzo przez cały dzień upragnione spoczęcie na pryczy były złudną i samobójczą formą wzmocnienia organizmu.
Wieczorem barak, opustoszały w kilku zaledwie miejscach, przedstawiał osobliwy widok. Na niektórych pryczach więźniowie leżeli bez ruchu, zdjąwszy tylko buty, i wpatrywali się bezmyślnie w swoich sąsiadów z przeciwka, oszczędzając sobie najmniejszego nawet poruszenia ręką lub nogą; na innych tworzyły się małe grupki rozmawiających w bezładnych pozycjach półleżących i one to nadawały barakowi charakter szpitala, gdzie nawet w godzinach wolnych od zabiegów lekarskich mówi się tylko bardzo przyciszonym szeptem; goście z innych baraków zbierali się na ogół albo przy piecu, albo na pryczach swych gospodarzy i jako jedyni więźniowie w pełni ubrani wyglądali jak ludzie zdrowi, odwiedzający chorych znajomych. Palące się bez przerwy światło kilku żarówek zaostrzało ten obraz w sposób realistyczny, ale bynajmniej nie niesamowity. Było w nim coś ze spokoju, z ulgi, z parującego zmęczenia i ze smutku przymusowego odosobnienia. Atmosfera baraku zdawała się mieć w sobie pocieszający akcent prowizorium. Błyski ognia palącego się na kominku odbijały się matowymi refleksami w taflach szyb - białych od wewnątrz, a krystalicznie czarnych od zewnątrz. Patrząc od drzwi, można było spiętrzone na pryczach łachy wziąć za porzucone w nieładzie posłania, a onuce, suszące się na glinianym okapie pieca i na sznurkach przewieszonych między pionowymi belkami stropów, za świeżo wypraną bieliznę. Nie wygląd baraku był więc straszny. Straszny był wygląd jego mieszkańców, gdy się od drzwi szło coraz dalej w głąb i chwytało po drodze spojrzenia, w których cień śmierci - jak w szpitalach dla nieuleczalnie chorych - rozwijał się już do lotu na skrzydłach nocy. Gdyż więźniowie, którzy po powrocie do żony rzadko schodzili z prycz, mieli bardzo wyraźne poczucie zbliżającej się nocy i oczekiwanie na nią liczyli przyspieszonym biciem serca.
Pamiętam, jak pierwszego wieczoru po przyjeździe do obozu wróciłem jeszcze na chwilę z ambulatorium do baraku i przystanąłem zdumiony wyrazem twarzy starca, który siedział przy piecyku do połowy rozebrany i żelaznym prętem grzebał w ognisku. Jego pomarszczone, zwiotczałe policzki opadały niemal na wyliniałą miotełkę brody, odsłaniając ogromne, rozjarzone oczy szaleńca. Nie potrafię już dziś dokładnie powiedzieć, jaki był ich wyraz, ale teraz nawet nie mogę się obronić przed uczuciem, że patrzyłem w oczy człowieka martwego za życia, człowieka, który wie, że umarł już dawno, choć jego wyschnięte serce tłucze się jeszcze ciągle w pustym worku ciała. Była w nich nie rozpacz zbliżającej się śmierci, ale beznadziejność trwającego na przekór wszystkiemu życia. Dobrze jest mówić o nadziei tym, którzy oczekują czegoś od przyszłości; ale jak natchnąć nią człowieka zbyt słabego, aby położyć kres swoim cierpieniom własną ręką? Jak przekonać o tym jedynym przywileju wolnej woli w niewoli człowieka z gruntu religijnego, który nawet w swych błaganiach o błogosławieństwo śmierci oczekuje jej jak najwyższego daru nieba? Wszystko się skończyło, wszystko pękło, pozostała jedynie najstraszliwsza tortura życia w próżni, a przecież ta ręka, przeznaczona, zdawałoby się, do tego, by uciszyć niepotrzebne bicie serca, rzuca nagle pogrzebacz i kreśli jak ognistym mieczem szeroki znak krzyża od zmarszczonego czoła poprzez obrośniętą pierś do fałdów brzucha, podwiązanych cienkim rzemieniem. Jest istotnie w życiu niektórych więźniów coś nie-odgadnionego i wstrząsającego; zdają się mieć ostatnią nadzieję, że zabije ich w końcu beznadziejność, i zadręczając się w milczeniu tym nieludzkim cierpieniem, wykrzesują zeń nikłą iskierkę nadziei, jaką daje myśl o śmierci. Religijność ich nie jest więc religijnością ludzi, którzy wierzą w mistyczne odkupienie dusz strudzonych wędrówką ziemską, ale wdzięcznością dla religii, głoszącej wieczne odpoczywanie. Są to religijni samobójcy, Chrystusowi czciciele śmierci, wierzący w wyzwoleńczą potęgę grobu, a nie w życie pozagrobowe. Śmierć urasta w ich pojęciu do rozmiarów najwyższego dobra, na które jedynie warto czekać, gdy już od dawna wszystko inne zawiodło. Może dlatego, że kładą na jej błogosławioną obietnicę tak przejmujący akcent, łatwiej zrozumieć ich nienawiść do życia. Więźniowie o martwych i płonących niesamowitym blaskiem oczach nienawidzą siebie i innych tylko za to, że wbrew najskrytszym nadziejom ciągle jeszcze żyją. "Powinniśmy umrzeć - słyszałem ich niejednokrotnie mówiących - my, gnój ludzki, powinniśmy u-mrzeć dla własnego dobra i bożej chwały".
Poznałem potem nieco bliżej tego człowieka. Stary góral czeczeński (mały, autonomiczny rejon na Kaukazie) pracował na bazie przy wybiórce kartofli. Raz jeden tylko, gdy mu podarowałem kawałek solonej ,,treski", opowiedział mi trochę o sobie, przyglądając mi się nieufnie spod krzaczastych brwi spojrzeniem, które w świetle dnia zmieniało się z szalonego na dzikie. Do reszty otoczenia, nie wyłączając najbliższych sąsiadów na pryczy, odnosił się wrogo.
Kolektywizacja pozbawiła go niewielkiego gospodarstwa na stokach Kaukazu - kilku morgów ornej ziemi i pastwiska. Aresztowano go w roku 1936, gdy odmówił wydania worka pszenicy i zabiwszy dwa barany z kolektywnego stada, które powierzono jego opiece, zakopał poćwiartowane mięso w ziemi. Rodzinę, złożoną z żony i trojga dzieci, zesłano w niewiadomym kierunku i nigdy już nie dowiedział się o jej losie. Na śledztwie z uporem odmawiał wskazania kryjówki i wydania pszenicy. Skatowano go tak, że jeszcze w roku 1941 miał na całym ciele sine plamy, ale uroiwszy sobie, że jest to jedyna, na jaką go stać, forma zemsty za zniszczenie całego życia, nie wykrztusił z siebie do końca ani słowa. Po ostatnim przesłuchaniu odniesiono go nieprzytomnego do celi, a w kilka dni później - gdy już było jasne, że raczej umrze, niż powie, gdzie ukrył mizerną resztkę swego własnego niegdyś dobytku - odesłano go z wyrokiem 15-letnim najpierw do Kotłasu, a w roku 1939 do Kargopola.
- Co mi zostało - pytał - poza śmiercią? Rodziny nie mam, do kołchozu nie pójdę, bo jestem za stary, gór już nigdy nie zobaczę... Modlę się codziennie o rychłą śmierć.
Istotnie, co wieczór stary Czeczeniec zjadał swoją zupę, grzebał chwilę w ognisku żelaznym prętem, ukrywszy czasem zaczerwienioną od żaru twarz w żylastych dłoniach, właził z powrotem na pryczę, zmawiał krótką modlitwę i zasypiał. I dziwna rzecz: właśnie on, który był ,,człowiekiem bitym", "miał odbite wnętrzności", nie krzyczał nigdy po nocach; niekiedy tylko jęknął cicho z bólu, przewracając się z boku na bok, lub majaczył szeptem przez sen o śmierci i Bogu...
Nie o takich jednak jak on więźniach myślałem, zaczynając ten rozdział. Myślałem o tych, którzy się boją śmierci i w których oczach ten lęk odmalowuje się wieczorem jako lęk przed nocą. Dopiero pod koniec pobytu w obozie uświadomiłem sobie lepiej, z jakich uczuć składała się ta codzienna agonia oczekiwania.
Więzień przychodzący po pracy do żony miał pewność, że z każdym dniem swego pobytu w obozie przeskakuje zdrowiem i wytrzymałością fizyczną całe lata i zbliża się do śmierci z szybkością, wyłączającą świadomość umierania. Śmierć - w obozie właśnie dlatego, że łamała brutalnie prawa czasu, że groziła nieustannie, a uderzała znienacka i nieoczekiwanie - nabierała metafizycznej nieobliczalności, stawała poza czasem naszego życia, wyłamywała się z rytmu naszego biologicznego istnienia. Więzień szedł do ambulatorium i dowiadywał się, że mu nic nie jest; czuł jednak, że jeśli nie jest chory na chorobę, która ma swą określoną nazwę i objawy, to przecież oddycha z trudem, robi pod siebie, płacze bez powodu, gdy jest przez chwilę sam, dotyka drżącymi rękami serca ściśniętego w kleszczach bólu, potyka się i upada na równej drodze, puchnie w zastraszający sposób, odpędza na próżno sprzed oczu ogniste płaty. Na zupełne wycieńczenie organizmu nie ma niestety innego lekarstwa poza lepszym i obfitszym jedzeniem lub długim wypoczynkiem;ambulatorium zaś nie było kuchnią, a do ,,trupiarni" odsyłało się tylko więźniów z nieuleczalną wadą serca, gruźlicą, pelagrą w ostatnich stadiach i ostrą awitaminozą połączoną z owrzodzeniem całego ciała. Była to więc może przesada, ale każdy więzień zasypiał codziennie z myślą, że śmierć zaskoczy go właśnie tej nocy we śnie. Bał się tego zaskoczenia. Bał się umrzeć, nie wiedząc, kiedy, jak i na co umiera.
Drugim motywem naszego lęku przed śmiercią, ukrytą w rojeniach wyobraźni za czarną zasłoną nocy, było to, co w normalnych warunkach osłabia na ogół jej przerażającą fascynację - wspólność. Każdego z nas porażała świadomość, że tuż obok leżą ludzie tak samo bezbronni i wystawieni na podstępny cios wroga. Czemu tak było - nie umiem powiedzieć. Przypuszczalnie dzieliła nas wszystkich ta bezradność. Można, poczuwszy nagle dławiący uścisk śmierci na gardle, wzywać na pomoc ludzi zdrowych, ale jak poruszyć serca, które z głuchym łomotem dobijają się rozpaczliwie do wrót wschodzącego dnia, nie płosząc ich i nie paraliżując znienacka daremnym krzykiem? Defoe opisuje w Journal of the Plague Year ludzi omijających się nawzajem z obawy przed dżumą. Robiliśmy to samo, ale bez równie oczywistych powodów. Można by prawie uwierzyć, przyglądając się nam nocą w baraku, że śmierć jest zaraźliwa. Baliśmy się zarazić nią innych, nosząc już przecież za skórą jej zaczątki. Była to czysta gra pozorów, ale tak silna i przekonywająca, że z nastaniem nocy każdy więzień krył się na parę godzin w twardej skorupie snu, jak gdyby nawet' najcichszym westchnieniem nie chciał przypominać o swoim istnieniu śmierci, skradającej się na sąsiedniej pryczy. Każdy z nas postępował tak samo, ale każdy też z przerażeniem chyba myślał, że jest współtwórcą i zarazem ofiarą tego milczącego porozumienia zadżumionych. I trudno powiedzieć, czy większy ból sprawiała nam myśl, że nie wytrąci nas nigdy z letargu samozachowawczego krzyk konających towarzyszy, czy świadomość, że nikt nie usłyszy również naszego wołania o pomoc. Był to najjaskrawszy zapewne, jaki dane mi było w życiu oglądać, przykład solidarności w egoizmie. Nigdy się o tych sprawach głośno nie mówiło, ale nie było w baraku więźnia, który by z goryczą i niepokojem nie wspomniał chwili, gdy bez najmniejszego drgnienia i spod przymrużonych powiek śledził zwłoki wynoszone w nocy z baraku.
Śmierć w obozie była straszna także i przez swoją anonimowość. Nie wiedzieliśmy, gdzie się grzebie umarłych i czy po śmierci więźnia spisuje się najlapidarniejszy choćby akt zejścia. W czasie pobytu w szpitalu widziałem dwukrotnie przez okno przylegające do drutów ogrodzenia sanie, wywożące zwłoki za żonę. Wyjechały na drogę prowadzącą do tartaku, a potem skręciły nagle w lewo, na rzadko uczęszczaną ścieżkę, którą przed laty wydeptały pierwsze brygady "lesorubów", i znikły na skraju horyzontu, oderwawszy się jak zdmuchnięta wiatrem plamka od białej płaszczyzny śniegu, by utonąć w bladoniebieskiej ścianie lasu. Tu kończył się zasięg mojego wzroku i tu również zamykała się dla nas wszystkich szczelnie granica pomiędzy życiem a śmiercią. Ten samotny i smutny kondukt pogrzebowy zdążał prawdopodobnie ku jakiejś opuszczonej porębie leśnej, której położenia nie znał w obozie nikt prócz niemego woźnicy. Próbowaliśmy go nieraz wybadać, gdzie ukryto nasz więzienny cmentarz, ale nieszczęsny Ukrainiec wzruszał tylko ramionami, kiwał smętnie głową i krztusząc się z wysiłku, dobywał ze ściśniętego gardła kilka niezrozumiałych dźwięków. Ci, co znali lepiej jego mowę, twierdzili, że ma na myśli leśniczówkę, zbudowaną parę lat temu w miejscu, gdzie kończyła się pierwsza droga obozowa. Nie wydawało nam się to jednak prawdopodobne choćby dlatego, że zimą żadna łopata nie ruszyłaby tam zamarzniętej ziemi, a latem rozmokła polana pękała jak nagrzany owoc kasztanu, wciągając coraz głębiej w bagniste czeluście zawalony domek, obnażone korzenie drzew i drewniany tor dla samochodów. Świadomość, że nikt nigdy nie dowie się o ich śmierci i o tym, gdzie ich pochowano, była dla więźniów jedną z największych tortur psychicznych. Można być człowiekiem niereligijnym, nie wierzyć w życie pozagrobowe, ale trudno pogodzić się z myślą, że raz na zawsze wymazany zostanie jedyny materialny ślad, który przedłuża istnienie ludzkie i nadaje mu wyrazistą trwałość w pamięci ludzkiej. Ta forma lęku przed śmiercią, lub raczej przed zupełnym unicestwieniem, przybierała z biegiem lat u niektórych więźniów charakter dręczącej obsesji. Powstawały ciche układy wielostronne, które w razie uratowania się jednego z uczestników nakładały nań obowiązek powiadomienia rodzin na wolności o dacie śmierci i przybliżonym miejscu pochowania reszty, na ścianach baraków pojawiały się wydrapane w tynku nazwiska więźniów, które pozostali przy życiu towarzysze mieli uzupełniać we właściwym czasie krzyżykami i datami, każdy więzień przestrzegał dokładnie regularnych odstępów w korespondencji z rodziną, aby nagła przerwa mogła dać przybliżone pojęcie o dniu jego śmierci. Wszystko to jednak nie było w stanie stłumić naszego niepokoju na myśl o tym, że obóz sowiecki pozbawił miliony swych ofiar jedynego przywileju, jaki dany jest każdej śmierci - jawności - i jedynego pragnienia, jakie odczuwa podświadomie każdy człowiek - przetrwania w pamięci innych.
Wieczorem więc rozmowy na pryczach dosięgały gorączkowego napięcia pożegnalnych szeptów, a w dwie lub trzy godziny później - około dziesiątej - przygasały, sycząc jeszcze gdzieniegdzie jak rozżarzony miał polany wodą. Od tej chwili spóźniony przybysz do baraku przechodził między pryczami, czując na sobie krzyżujące się spojrzenia leżących. Wszystko ucichało, ale sen długo jeszcze nie nawiedzał więźniów. Kilku modliło się, siedząc na pryczy z łokciami opartymi na podciągniętych lekko kolanach i z twarzami zatopionymi w splecionych dłoniach. Inni leżeli bez ruchu, podłożywszy ręce pod głowę, i wpatrywali się w milczeniu w twarze leżących naprzeciwko towarzyszy. Bezkształtne usypiska ciał ludzkich, łachmanów i barłogów, stłoczone przed chwilą jeszcze w rogach baraku, rozpełzały się na pryczach jak wydmy piaszczyste pokarbowane równomiernym odpływem fal morskich. Światło żarówek zdawało się przyćmiewać za kłębami dymu z machorki, a dogasające na kominku drzewo tliło się coraz słabiej, migocąc na przemian to czerwonymi, to czarnymi refleksami. Za oknami była noc biała od mrozu i rozpłaszczona na szybach lodowatymi kwiatami, wyślizgane deski trzeszczały na ścieżkach od kroków ostatnich przechodniów. Wytężywszy słuch, można było złowić w ciszy nocnej dalekie ujadanie psów i stuk buforów na dworcu jercewskim. Obóz zapadał powoli w sen. Około północy w baraku rozlegało się już pierwsze chrapanie, a w ślad za nim zrywały się ze świstem ciche i przejmujące jęki. Po chwili potężniały, przybierały na sile i zamieniały się prawie w przeciągłe zawodzenie, przerywane suchym łkaniem. Nagle ktoś krzyknął gwałtownie, ktoś inny zrywał się ze snu i ze skrzyżowanymi na piersiach rękami - jak gdyby bronił się przed nieznanym napastnikiem -siadał na pryczy, wodząc dokoła błędnym spojrzeniem, i oprzytomniawszy naraz, kładł się na powrót na swoim barłogu z rozdzierającym westchnieniem. Wystarczyło obudzić się późno po północy, aby znaleźć się już - jak w sercu wzbierającej burzy - wśród bezładnych majaczeń sennych, nieprzytomnych okrzyków, w których imię Boga przeplatało się z imionami wzywanych nadaremnie krewnych, spazmatycznych szlochów i przeraźliwych jęków. Więźniowie szamotali się niespokojnie we śnie, chwytali się za serce, uderzali wstrząsanymi płaczem ciałami o twarde wyrko pryczy, zasłaniali się przed czymś szeroko rozpostartymi dłońmi, powtarzali monotonnie swoje "pomiłuj". Jeden jedyny Dimka siedział nieporuszony obok cebrzyka pomyj i oparłszy się rękami o wyciągniętą sztywno protezę, spoglądał obojętnie na kłębowisko ciał zaplątane w sidłach nocy wypłowiałymi oczami, w których suchy płomień bólu nie zaświecił już od lat ani jednej łzy.
Nasz barak wypływał na bezksiężycowe morze ciemności i niby okręt widmo uciekał ścigany co nocy przez śmierć, unosząc pod swym pokładem śpiącą załogę skazańców.